Kontrproduktywna wrogość

Analiza dla Fundacji Refugee.pl przygotowana przez Dawida Warszawskiego

Polacy odmawiają udzielenia pomocy w pierwszym rzędzie nie z podłości, a ze strachu. Strachu przed tym, ze przybysze, a przynajmniej ich część, zostaną w Polsce na stałe. To jest przyczyną obsesyjnego niemal różnicowania stosunku do uchodźców uciekających przed wojną i do migrantów ekonomicznych, pragnących lepszego życia. Ci pierwsi bowiem mają tu być jedynie tymczasowo, dopóki sytuacja w ich kraju nie wróci do normy, ci drudzy przybywają, by zostać. Stąd też wzięte z powietrza argumenty, jakoby większość uchodźców stanowili w istocie migranci, na co dowodem ma być nadreprezentacja wśród nich młodych mężczyzn – jakby przeprawa pontonami przez Morze Śródziemne była zajęciem dla kobiet, dzieci i starców.

Jak wiele innych strachów społecznych, ten strach jest po części irracjonalny. W podobny sposób bano się sto lat temu w USA imigracji Polaków czy Żydów, cywilizacyjnie, kulturowo czy religijnie obcych, a więc nieasymilowalnych, a zarazem wyznających skrajne poglądy polityczne. Ale jak większość strachów, ma on też racjonalne podłoże. To polski anarchista, Leon Czołgosz, zamordował prezydenta McKinleya. Polityczna aktywność Żydów podważyła dotychczasową dominację białych anglosaskich protestantów. Fale imigracji głęboko przekształciły Amerykę.

I tego właśnie Polacy się boją – że uchodźcy zostaną, i przekształcą Polskę. Rzeczywiste liczby kandydatów na pobyt w Polsce, kilka czy kilkanaście tysięcy, śmiesznie małe wobec skali problemu, nie maja tu nic do rzeczy: dla przestraszonych ludzi to przecież jedynie początek inwazji. Przyjmowanie przybyszów w Europie, kontynencie zasiedziałych narodów, udaje się zaś gorzej niż w imigranckiej Ameryce. I choć większość imigrantów – czy to uchodźców, czy szukających lepszego życia – i tutaj asymiluje się nieźle, to widoczna część – nie. Statystyki, które wskazują, że imigranci popełniają mniej przestępstw, niż tubylcy, i więcej wnoszą do budżetu niż zeń czerpią, nie przesłonią obrazu islamskich terrorystów, czy dzielnic gdzie rządzi szariat, Tłumaczenie zaś, że to jedni muzułmanie odwołują się do nietolerancji i przemocy, a inni z tym walczą czy padają tego ofiara, niewiele pomoże, kiedy łatwiej odwołać się do sloganu – nie ma muzułmanów, nie ma problemów.

A slogan ten jest nośny, bo poniekąd prawdziwy. Nawet gdyby nie było terroryzmu i fundamentalizmu, migracja setek tysięcy ludzi zmienia kraj docelowy. Po ich przyjeździe nie będzie już tak, jak dawniej. Pojawią się nowe twarze i ubiory, nowe zapachy w restauracjach, nowy język na ulicach i szyldach. Ludzi zaś wolą, żeby było tak, jak przywykli. Wszyscy ludzie – nie inaczej zareagowaliby przecież mieszkańcy arabskich miast, gdyby sprowadziły się tam setki tysięcy Europejczyków, którzy chodziliby w szortach, gadali po swojemu, i otwierali kościoły i knajpy z wieprzowiną. Ja też, jak wszyscy, przywykłem to tego, że w Europie jest, jak jest, i nie chciałbym tego zmieniać. Jestem też przekonany, że gdyby ktoś zaproponował taki – wiarygodny – model migracji, który nie przekształcałby kraju docelowego, to większość obaw przed nią by osłabła.

Tyle tylko, że takiego modelu nie ma. Migranci też chcą żyć po swojemu i mają do tego prawo. Zasada, że gość musi przestrzegać reguł gospodarza tyczy się prawa, ale już nie kuchni czy stroju. Co więcej, imigracja to nie gościna u znajomych. Imigranci stają się, najdalej w następnym pokoleniu, pełnoprawnymi obywatelami i współkształtują te reguły.

Na taką właśnie perspektywę Polacy reagują wrogością, której mechanizm rozumiem. Tyle tylko, że jest to wrogość kontrproduktywna i niemądra. Nie wspominam już nawet, że niemoralna, bo o tym ci, którzy ją głoszą, znakomicie wiedzą: stąd wszystkie groteskowe zabiegi, żeby uchodźców z bliźnich odczłowieczyć we wrogów, których można już odrzucić. Tu nawet autorytet papieża nie pomoże.

Ale wrogość ta jest kontrproduktywna dlatego, że jest nieskuteczna. Uchodźcy będą przybywać i tak, nawet wiedząc, że są niechciani i odrzucani, bo nie po to uciekali pod bombami, przeprawiali się z narażeniem życia przez morze, maszerowali przez góry i granice, żeby teraz zrezygnować w obliczu zwykłej nieżyczliwości. Nie odstrasza ich nawet zbrodnicze napady na ich ośrodki czy domy – w porównaniu z przemocą, która ich wygnała, są do zniesienia. Wrogość nie osiągnie więc zamierzonego celu, ale za to sprowokuje to właśnie, na co jakoby jest reakcją, czyli wrogość wzajemną. Zamiast wdzięczności za znalezienie schronienia, uchodźcy będą z czasem odpowiadać tym samym na odrzucenie i przemoc. Dlaczego niby mieliby szanować nasz komfort, jeśli my nie potrafimy uszanować ich godności?

Wrogość jest też niemądra, bo trzeba za nią zapłacić więcej, niż za odstąpienie od niej. Wrogość wyniesie do władzy rządy, które, realizując otrzymany mandat, będą czynić wszystko, by falę uchodźców powstrzymać. Wszystko – do przemocy włącznie. Na Węgrzech wojsko już przeprowadza manewry obrony granic. Jest tylko kwestią czasu, zanik pierwszy uchodźca zginie nie z rąk przemytników ludzi czy na skutek nieszczęścia, lecz z rąk umundurowanych obrońców Europy. Ale ktoś, kto wierzy, że rząd prowadzący taką politykę ograniczy swą przemoc tylko do „obcych”, uchodźców, „swoich” zostawiając w spokoju, nic nie zrozumiał z historii europejskiego XX wieku. Za obronę komfortu trzeba będzie zapłacić swobodą. I znajdą się Europejczycy, którzy to entuzjastycznie poprą.

Za to argumenty o obowiązku solidarności padają w Polsce na głuche uszy. Uważa się dość powszechnie, że pomoc uchodźcom jest obowiązkiem krajów, które przyczyniły się do problemów, przed którymi oni uciekają. Przywołuje się tu albo kolonializm (zapominając, że na mocy tego argumentu Polska winna pomagać przynajmniej Ukraińcom, czy w przyszłości Białorusinom) albo wojnę w Zatoce (zapominając o polskim w niej udziale). Zaś przypominanie, że Polacy sami wielokrotnie korzystali z solidarności innych wywołuje skutek wręcz odwrotny: masowe wyjazdy Polaków są w oczach przeciwników pomagania uchodźcom jedynie dowodem, że Polska tyle w swych dziejach wycierpiała, że teraz nie musi pomagać innym – to jej raczej należy się pomoc, i odszkodowanie za krzywdy minione. Stąd zdumiewający ton moralnego oburzenia, którym polska klasa polityczna reaguje na oczekiwania, że będziemy solidarni.

Zaś podskórnie czai się jeszcze przekonanie, że to, iż kraj etnicznie jednorodny (najbardziej dziś w Europie; kiedyś wyprzedzała nas Irlandia i Islandia, ale to było przed polską imigracją) jest historyczną nagrodą za wszystkie cierpienia, i że ta homogeniczność się nam należy. To był stary argument komunistów, jakoby niepomnych na to, co się musiało było w Polsce stać, by ową czystość etniczną można było osiągnąć – o czym przed wojna marzyła prawica. „Jest ONRu spadkobierca partia” przenikliwie pisał Czesław Miłosz. Dziś spadkobiercą partii stał się znów ONR. Taki polski kontredans.

I tylko fali migracji zatrzymać się nie da. Nie uda nam się bowiem, choćbyśmy się nie wiem jak starali, przekonać uchodźców, że jesteśmy jeszcze gorsi od tego, przed czym uciekają. A przynajmniej bardzo chciałbym w to wierzyć.